Poród

W sobotę 29 czerwca nic nie zapowiadało porodu. Dzień jak co dzień. Po południu pojechaliśmy do Marketu po orzechy dla wiewiórek, kupiliśmy arbuza z zamiarem zjedzenia go w parku, w którym te wiewióry mieliśmy karmić. Wiewiór było 3 w tym dwie dały się nakarmić z ręki. Pochodziłam trochę, usiedliśmy skonsumować tego arbuza na ławce, ale komary nas chciały zjeść i pojechaliśmy do domu.

W domu o 22:00 zrobiłam sobie tak wielką kolację jak nigdy. Aż mąż się zdziwił, że przecież ja tyle nie jem. I był pewien że mu oddam część swojej porcji, a ja zjadłam wszystko, aż sama byłam w szoku. O 23:00 pożegnałam się z M i poszłam spać a On poszedł pracować nad projektem.

O 1:00 poszłam siku, bo coś mnie tknęło, jakiś dziwny niepokój. Zrobiłam toaletę i dalej poszłam spać. O godzinie 4:00 mąż przyszedł do sypialni, spotkaliśmy się w pół drogi z przedpokoju,ja szłam do łazienki a on do sypialni spać. Poczułam lekki skurcz, wysikałam się i znowu do łóżka. Ledwo się położyłam do łóżka i nagle poczułam mokro, zerwałam się a mąż za mną. Był bardzo zaniepokojony, oboje staliśmy w łazience i patrzyliśmy jak mi wody odchodzą.

Na spokojnie zebraliśmy się, mąż poszedł przyprowadzić auto, a ja się ubrałam, spakowałam torbę, bo dopiero co w czwartek ja wypakowałam, bo wróciłam z OCP.

o godzinie 5:30 byliśmy na IP. Tam mnie zbadano, lekarz stwierdził dwa palce i odpływające wody. Tętno malucha było prawidłowe. Wraz z salową pojechałam na salę porodową, a mąż miał za 20 minut zadzwonić na porodówkę czy może już przyjechać. Na sali porodowej wypełniono wszelkie papiery.

Maż przyszedł po chwili. Zaproponowano mi lewatywę na którą się zgodziłam. Po niej prysznic. Skurcze się nie nasilały, były krótkotrwałe, w sumie mało bolesne.

O godzinie 10:00 zdecydowano o podłączeniu mnie pod oksytocynę. Rozwarcie nadal na 2-3 palce. O wzięciu znieczulenia nie było mowy, gdyż było za małe .Musieliśmy czekać. Skurcze zaczęły się nasilać, niestety pojawiły się z krzyża nie z brzucha. Ja musiałam leżeć pod zapisem, ból okropny, rozdzierający. Po 2 godzinach znowu badanie, rozwarcie na 3 góra 4 palce. Byliśmy załamani. Ja cierpiałam, mąż także, bo nie potrafił ukoić mojego bólu. Okropne wzruszenie, strach, cierpienie.

Kolejne badania, rozwarcie nadal takie samo. Błagałam o cięcie, albo Zop. Odłączyli mnie od oksytocyny, poszliśmy się wykąpać, skurcze silne, ale mało efektywne. Skakanie na piłce, kucanie, oddech. Po godzinie znów badanie. Rozwarcie nie postępowało.Znowu decyzja o o podłączeniu pod zapis i oksytocynę. Obiecano mi że ostatni raz. Miałam wytrzymać wie godziny. Znów leżenie, okropny ból. 20 minut przed końcem obiecanego mi czasu (albo ZOP albo cięcie) skurcze zaczęły zmieniać swój charakter. Pojawiło się niekontrolowane parcie na odbyt. Mąż poleciał po położną. Okazało się że rozwarcie z 4 zrobiło się na 8-9 cm. Jednak główka nie chciała się zrotować. Miałam wstrzymywać parcie, podnieść nogę do góry. I tak przez kilkadziesiąt minut. Później położna kazała mi zejść z łóżka, podczas skurczu kucnąć, oprzeć się na całych stopach, a plecami opierać się o męża. I tak popieraliśmy. Nagle główka zeszła do kanału a ja miałam wejść na łóżko porodowe.

Kilka skurczy partych, nacięcie krocza i Filip pojawił się na świecie o godzinie 19:35. Łzy, szczęście, płacz maleńkiego, łzy wzruszenia męża….Moje…Przystawiony do piersi ssał ją.

Maleńkiego nagiego przykryto kołderką, założono mu czapeczkę i tak leżeliśmy we dwoje, a lekarka mnie szyła. Lekarka podczas szycia widząc co się dzieje, powiedziała mi że nie dawała mi szans na naturalny poród. Gdyby mały był większy to bym go na pewno nie urodziła, tak bardzo jestem ciasna.

Po kilkudziesięciu minutach zabrano na chwilę małego, ubrano i znów nam przyniesiono. Tak we troje sami na sali rozkoszowaliśmy się swoją obecnością przez bite 2 godziny zanim przewieziono nas na salę.

Mąż pojechał zmęczony do domu, a ja przez całą noc nie mogłam zasnąć, tak mnie trzymała adrenalina, euforia i przeogromna miłość do tej małej istoty….Parząc na małego zapragnęłam znów być w ciąży i rodzić (dzisiaj już mi przeszło:).

Popłakiwałam ze szczęścia, tyle emocji, tyle szczęścia jeszcze nigdy w życiu nie zaznałam…

 

i tak oto na świat przyszedł nasz syn Filip Władysław…Nasz syn, nasz cud, nasze życie…

Komentarze (4) do Poród

  1. ~Magda pisze:

    Czytając ten opis udzielił mi się stres. Wróciły wspomnienia. Przypomniał mi się ten okropny ból porodowy, ale potem, gdy patrzy się na maleństwo o wszystkim się zapomina. Życzę zdrówka i tobie i Filipkowi :)

  2. ~kobieta-na-szpilkach pisze:

    oj to się troszkę męczyłaś ale jak to mówią to ból który się szybko zapomnia:)

  3. ~Emilia pisze:

    Gratuluję synka :) Cierpienie pewnie było ogromne, ale jest już Filipek po drugiej stronie brzuszka :)
    Pozdrawiam

  4. ~Bahati pisze:

    Aż mam łzy w oczach. My ciągle czekamy. Dzisiaj mamy tydzień do terminu… a kiedy/jak będzie nie wie nikt. Jeszcze raz gratulacje!

Dodaj komentarz


  • RSS